Powstańczy epizod PDF Drukuj Email
środa, 04 maja 2011 01:00

Echa wydarzeń poznańskich dość szybko dotarły za Noteć. Mimo, iż w Białośliwiu był duży procent ludności niemieckiej Polacy już w sobotę 4 stycznia 1919 r. wyzwolili swoją miejscowość.

Polskie dążenia niepodległościowe wspierał właściciel Komierowa i Nieżychowa - dr Roman Komierowski. Współpracował z nim ściśle ks. Klemens Zieliński - proboszcz z Kosztowa.

Most na Noteci, widok z kierunku Szamocina. Zbiory prywatne.W piątek 27 grudnia 1918 r. o godz. 14,00 za jego przyzwoleniem ks. Zieliński, rządca Kaczmarek i gorzelny Domek zorganizowali w nieżychowskiej gorzelni obywatelskie zebranie, na którym podjęto decyzje o utworzeniu oddziału powstańczego. W zebraniu uczestniczyło około 60 Polaków z Nieżyciowa, Białośliwia, Kosztowa i Jeziorek. Z Białośliwia w zebraniu uczestniczyli: Jan Bartoszek, Franciszek Bruski, jego syn Florian, Franciszek Burzyński, Władysław Chlebek, Jan Posert, Antoni Stańczyk i Leon Wieze. Po zapoznaniu się z ogólną sytuacją w Poznańskiem, podjęto decyzję o utworzeniu oddziału powstańczego. Komendantem wybrano Franciszka Bruskiego, a wszystkie ustalenia zachowano w tajemnicy.

Jeszcze tej nocy komendant Bruski rozpoczął werbowanie Polaków do swego oddziału. W wyniku jego działań powstały dwa oddziały: białośliwski - złożony z 59 ochotników i 19 - osobowy nieżychowski. Wspólnie ustalono również plan działania na najbliższe dni. Oddział białośliwski 4 stycznia wcześnie rano zebrał się przy mostku w Wymysłowie. Powstańcy ruszyli w kierunku swojej wsi. Na czele szła kilkunasto osobowa uzbrojona grupa, pozostali nie mieli broni. Mieli za to swój sztandar, który uszyła żona Bruskiego - Leonia. Orła na nim wymalował Stefan Orczykowski.

Niemcy nie stawiali oporu, całkowicie zaskoczeni zaistniałą sytuacją. Wszystkie urzędy: sołectwo, posterunek żandarmerii, urząd pocztowy, dworzec kolejowy i zarząd kolei wąskotorowych obsadzono powstańczymi posterunkami. Zarekwirowaną Niemcom broń rozdano powstańcom. Komendanturę miasta ustanowiono w domu Franciszka Bruskiego. Po latach niewoli Białośliwie wróciło w polskie ręce.

Spokój we wsi nie trwał długo. Miejscowi Niemcy Hoffmann i Knape pojechali po pomoc do Piły. Dowódca 149 pułku piechoty von Plechwe obiecał im rychłe odbicie Białośliwia z rąk polskich. Miał wyraźne rozkazy by utrzymać za wszelka cenę linie kolejową Bydgoszcz - Kostrzyn. Osobiście odpowiadał na odcinek Wyrzysk - Piła. Do akcji wysłał pluton por. Keglera. Widok na most z kierunku Białośliwi, z lewej gospoda, w której mieścił się posterunek białośliwskiego Heimatschutzu. Zbiory prywatne

O tym fakcie Bruski powiadomił komendanta powiatowego w Wyrzysku, prosząc go jednocześnie o broń. Ppor. Teodor Górski przysłał niezwłocznie 15 ręcznych karabinów. Uzbrojona w nie grupa powstańcza z Bąkowa obsadziła dworzec kolejowy. Jej zadaniem było ubezpieczyć teren od strony Piły i dokonywać rewizji pociągów kursujących przez Białośliwie.

W nocy z 6 na 7 stycznia Niemcy podjęli próbę zdobycia Białośliwia. Oddział Keglera wysiadł z pociągu kilka kilometrów przed stacją. Sekcję Urlicha wysłano przodem by obeszła wieś i od strony Pobórki upozorowała atak. Keglera z pozostałymi, miejscowi Niemcy przeprowadzili przez las i pola wprost na budynek komendantury powstańczej.

Tymczasem pociąg do Bydgoszczy o godz. 23,00 został przeszukany przez oddział bąkowski. Gdy nie znaleziono w nim broni i niemieckich żołnierzy, pociąg ruszył w kierunku Nakła. Niemal równocześnie z odjazdem pociągu aspirant oficerski Urlich rozpoczął pozorowany atak. Komendant Bruski ruszył z oddziałem na odgłos strzałów. Gdy zorientował się w podstępie Niemców wydał rozkaz wycofania się do wsi. W tym momencie przez gospodarstwa niemieckich kolonistów uderzył Kugler. Siła niemieckiego ognia była tak duża, że po godzinnej walce opanowali Białośliwie. Zajęto komendanturę i aresztowano Bruskiego. Ten jednak wykorzystując ogólne zamieszanie w ciemnościach nocy zbiegł do Wyrzyska. Część jego oddziału rozproszyła się i wycofała w kierunku Krostkowa i Nieżychowa. Rano Niemcy aresztowali 30 mieszkańców Białośliwia. Osadzono ich w więzieniu w Pile. Mimo oskarżenia o zdradę stanu, część aresztowanych po tygodniu zwolniono do domów.

Kegler mianował Urlicha komendantem Białośliwia. Zostawił mu też dwie sekcje żołnierzy. Komendant z miejscowych Niemców zorganizował silną 150 osobową kompanie Heimatschutzu. Obsadził nimi wieś, dworzec kolejowy i most na Noteci.

Aspirant oficerski byłej Kaisersflotte Fridrich Urlich otrzymał rozkaz utrzymania za wszelką cenę mostu na Noteci. Do jego obrony przysłano mu z Piły jeszcze jedną sekcję Grenzschutzu. W gospodzie Richarda Unglauba, stojącej obok portu rzecznego urządził odwach. Miał do dyspozycji 27 żołnierzy, 3 podoficerów i jeden ciężki karabin maszynowy.

Most na Noteci pod Białośliwiem (1914).W sobotę 11 stycznia 1919 r. o 19 wieczorem do Margonina przybył ppor. Bartsch. W drzwiach komendantury miasta krzyknął: ...Idziemy na Białośliwie, mamy rozkaz spalić most na Noteci... Dwie godziny później z margonińskiego rynku w kierunku Szamocina wyruszyły dwa plutony margonińskiej kompanii. Dowodzeni przez Franciszka Kryzę i Józefa Boruckiego powstańcy jechali na trzech wozach i rowerami. Dowodzący całością Bartsch uznał, że 76 powstańców wystarczy do zdobycia Szamocina. W plutonie Boruckiego był Antoni Szulc, którego wyznaczono na dowódcę szamocińskiej Straży Ludowej.

Wysłane w środę i piątek patrole stwierdziły, że Niemcy szamocińscy nie są jeszcze zorganizowani. Istniała szansa szybkiego zajęcia miasta. I tak się też stało. O godz. 10 wieczorem Szamocin znalazł się w polskich rękach. Zajęto najważniejsze punkty w mieście. Burmistrz i żandarmi bez słowa podporządkowali się władzy powstańczej. Naczelnik poczty Schulz, widząc barczystego oficera w niemieckim mundurze z Żelaznym Krzyżem na piersi, mówiącego czystą niemczyzną w pozycji na baczność przekazał urząd polskiemu dowódcy. Do obsługi poczty Bartsch pozostawił powstańca margonińskiego - telefonistę Henryka Sobocińskiego i pracownice poczty Marię Gordon. Zatelefonował do niemieckiej załogi w Białośliwiu, że jest z rozbitego oddziału niemieckiego i pragnie przedostać się na drugą stronę Noteci.

Wybrał 10 powstańców i ruszył z nimi w kierunku mostu. Część z nich służyła tak jak on w 149 pułku piechoty, stacjonującym w Pile i w Wałczu. Wozem konnym powoził 17 - letni Stefan Kado, obok niego siedzieli Bartsch z lewej i Leon Fredrych z prawej strony. Na wozie z tyłu siedział kapral Józef Miłostan, marynarz Leon Balcerek i 40 - letni Antoni Wikariusz. Za wozem na rowerach jechali Kazimierz Jankowski, plutonowy Franciszek Kryza, Leon Margowski, kapral Franciszek Pisarek i Wincenty Politowski. Posuwali się wprost na niemiecki posterunek śpiewając pieśń "Siegreich wollen wir Polen schlagen". Gdy podjechali na odległość 100 metrów od posterunku padła komenda: ...Stać, dokąd chcecie jechać.. Bartsch odpowiedział: ... Chcemy jechać do Piły i wstąpić w szeregi Grenzschutzu... Powstańcy zeszli z wozu, położyli rowery na szosie i powoli podeszli do Niemców. Gdy zrównali się z posterunkiem Balcerek, Miłostan, Fredrych i Wikariusz obezwładnili załogę ciężkiego karabinu maszynowego, a trzeciemu Niemcowi mauzera odebrał Kryza. Po rozbrojeniu posterunku Wikariusz z Miłostanem obrócili karabin maszynowy w kierunku odwachu. Pozostali przeszli przez most i z okrzykiem: ...Ręce do góry... wpadli do wartowni. Zaskoczenie było zupełne. Aspirant oficerski Urlich i pozostali Niemcy nie zdążyli nawet sięgnąć po broń. Padający deszcz utrudnił wykonanie zadania. Choć ogień podsycano przywiezioną z Margonina smołą i łuczywem, płomienie nie chciały zająć drewnianych wiązadeł mostu. Marynarz Balcerek w magazynie portowym znalazł wielką beczkę benzolu. Z Jankowskim i Pisakiem przytoczyli blaszaną beczkę na most. Ponieważ nie było klucza do zaworu, Kryza pięcioma strzałami z mauzera przedziurawił dno beczki. Benzol powoli zaczął się rozlewać, aż w końcu ogień sięgnął dna beczki. Nastąpił wybuch i mimo padającego deszczu most stanął w płomieniach. Słup ognia był tak potężny, że widziano go w o ponad 25 km Pile. W niedzielę o godz. 1 w nocy most został spalony. W międzyczasie z Szamocina przybyły dwie sekcje plutonu Boruckiego. Po krótkiej naradzie postanowiono nie zostawiać przy spalonym moście powstańczego posterunku. Z 30 jeńcami, zdobytym ciężkim karabinem maszynowym i skrzynkami amunicji Bartsch wrócił do Margonina.

Kryza pozostał w Szamocinie obejmując funkcję komendanta miasta. Przez całą niedzielę 12 stycznia 1919 r. trwało organizowanie oddziału powstańczego. Mimo starań ks. Idziego Sutarskiego i Antoniego Szulca w Szamocinie jest zbyt mało Polaków by własnymi siłami zabezpieczyć miasto. Wieczorem Kryza zostaje odwołany do Margonina. Wraz z nim wraca do Margonina Szulc.

Tymczasem W nocy po zbudowanym pośpiesznie moście pontonowym żołnierze Grenzschutzu przeprawiają się przez Noteć. Dołączają do nich Niemcy z Szamocina i z okolicznych wsi. W poniedziałek 13 stycznia 1919 r. Szamocin jest znowu w rękach niemieckich. W tym samym dniu Kryza z kompanią margonińską próbował odbić Szamocin. Dotarli aż do zbiegu ulic Chodzieskiej i Margonińskiej, jednak musieli się wycofać gdyż siły niemieckie były zbyt duże.

Waldemar L.Janiszewski